Zaufała miłosiernemu Bogu

Była prekursorką świeckiej konsekracji w Polsce. Ludmiła Roszko to wzór kobiety dzielnej, panny mądrej, ustrojonej w Boże miłosierdzie.

Toruńska apostołka miłosierdzia Bożego swe pierwsze śluby Chrystusowi złożyła 11 kwietnia 1942 r. w kaplicy Karmelitanek na wileńskim Zarzeczu. Wieczyste - już po ekspatriacji z Wileńszczyzny, w toruńskiej kaplicy Jezuitów - 24 września 1949 r. Dziś, w dniu 25. rocznicy zakończenia jej ziemskiej pielgrzymki - 19 grudnia 2000 r. - przypominamy historię prekursorski świeckiej konsekracji w Polsce i Kopciuszka Bożego Miłosierdzia.

Ludmiła Roszko przyszła na świat 15 czerwca 1913 r. w Nowoswitliwce. Jej rodzice popełnili mezalians. Domańscy - rodzina matki, to potomkowie gen. Franciszka Żymirskiego (1779-1831), uczestnika Insurekcji Kościuszkowskiej, który odmówił użycia swojego pułku do tłumienia powstania, kawalera orderu Virtuti Militari za udział w kampanii 1807 r., śmiertelnie rannego podczas bitwy pod Olszynką Grochowską, gdzie dowodził 2. Dywizją Piechoty), w których płynęła polska (herbowa) krew, w sercu była Polska, którzy swe życie układali w posłuszeństwie wierze rzymskokatolickiej. Rożkow - rodzina ojca, to Rosjanie wyznania prawosławnego i pochodzenia chłopskiego. Ludmiła po urodzeniu została ochrzczona w cerkwi prawosławnej w rodzinnych stronach ojca - w ukraińskiej wsi Nowoswitliwka. Potem było kilka lat dziecięcej sielanki, gdy rodzina Rożkowów zamieszkała w Muromiu, gdzie ojciec pracował w miejscowym gimnazjum, a matka - w kancelarii gubernatora. Na świat przyszły też kolejne dzieci: Jerzy (1915 rok), Wiktor (1916 rok) i Waleria (1918 rok). Świat ten został zrujnowany przez rewolucję bolszewicką, w trakcie której ojciec był przywódcą białogwardzistów w Muromiu, za co został skazany przez Trybunał Rewolucyjny Guberni Włodzimierskiej na karę śmierci (zaocznie, bo udało mu się zbiec, prawdopodobnie na Ukrainę, gdzie zmarł ok. 1919 r.). Wkrótce zmarli obaj bracia Ludki (pod takim zdrobnieniem imienia była znana). Jej matka z dwiema córkami została wypędzona z własnego domu, poszukiwała sposobów na przeżycie. Około 1924 r. dotarła do Wilna, gdzie początkowo zatrzymała się u swego brata - nadzorującego majątek uniwersytecki. Tam spolszczyła rosyjskie nazwisko z Rożkow na Roszko. Obie dziewczynki zostały przyjęte do Kościoła rzymskokatolickiego i rozpoczęły nowe życie. Dla Ludmiły Roszko właśnie rozpoczęła się oficjalna powojenna biografia. Do historii przedwileńskiej nie wracała prawie nigdy, nie odkryli jej także komuniści. 

Ludka ukończyła uniwersytet wileński, zyskując tytuł magistra filozofii w zakresie geografii (na podstawie pracy "Geografia dróg historycznych na Wale Oszmiańskim") 9 grudnia 1939 r. (zaledwie na kilka dni przed jego zamknięciem przez władze litewskie). W czasie okupacji niemieckiej zaangażowała się w konspiracyjne komplety. W kolejnych latach próbowała także pracować w VI Żeńskim Gimnazjum oraz w Państwowym Litewskim Instytucie Geograficznym. Choć przeżyła swoją młodzieńczą miłość (dowodem na to jest obrazek młodego mężczyzny z dedykacją na odwrocie i jej enigmatycznym dopiskiem, odnaleziony po śmierci Ludmiły w jej pamiątkach), jednak jej serce i dusza należały już - przynajmniej od połowy wojny - do Chrystusa.

Oddać życie Chrystusowi
Związana była od lat dziecięcych z Sodalicją Mariańską, a umiłowanie Matki Bożej stanowiło jeden z fundamentów jej życia duchowego. Gdy w ramach spotkań Sodalicji Akademicczek poznała ks. Michała Sopoćkę, wileńskiego spowiednika s. Faustyny Kowalskiej, ten odminił jej życie. Zwierzyła mu się, że chciałaby swe życie oddać Chrystusowi, ale nie bardzo wie, jak to zrobić. Kapłan ten właśnie organizował Zakon Miłosierdzia Bożego, którego zaistnienie było realizacją jednego z życzeń Chrystusa przekazanych w orędziach Siostrze Faustynie. Mistyczka ta podczas jednego z ostatnich ich spotkań dałą mu wskazanie, by czekał z wykonaniem tego zadania, aż Chrystus przyprowadzi kogoś ze świata. Był posłuszny. Okazało się, że czekał na (będąca wówczas jeszcze w okresie formacji przed ślubami wieczystymi) Jadwigę Osińską. Gdy latem 1941 r. zwierzyła mu się ze swoich życiowych planów, wysłał ją na potwierdzenie do Pryciun, do siostry Heleny Majewskiej, należącej do bezhabitowego Zgromadzenia Sióstr od Aniołów. To ona wskazała imiennie każdą z Wileńśkiej Szóstki tworzącej pierwszą wspólnotę tego zakonu, Ludkę także. Był luty 1942 r., gdy ks. Sopoćko zorganizował w swoim mieszkaniu pierwsze spotkanie kandydatek do tej wspólnoty zakonnej. W marcu on sam musiał z Wilna uciekać, chroniąc się przed aresztowaniem (schronienie na 40 kolejnych miesięcy znalazł w Czarnym Borze). Szóstkę oddał pod opiekę ks. Leonowi Żebrowskiemu, by ten uczył prawd wiary, katechizmu, prawa zakonnego i przygotowywał projekt wspólnotowej konstytucji, oraz dwom siostrom anielskim (które mialy uczyć zasad życia wpólnotowego): wspomnianej Helenie Majewskiej i Adolfinie Gilewskiej (o tym, że s. Helena miała od dzieciństwa widzenia Chrystusa i zadanie od Niego, by pomagać ks. Sopoćce w zakładaniu tego zakonu, Szóstka dowiedziała się dopiero po kilku latach). Roszkówna zanotowała po latach: "W mojej pamięci zapisal się ten okres jako ores intensywnej pracy, ogromnie ożywionych dyskusji, porywających myśli i pragnień. Była to kuźnia, w której wykuwała się koncepcja przyszłego zgromadzenia i jego profilu - tak wewnętrznego, jak i zewnętrznego. Wszystkie zgadzałyśmy się z tym, że przyszłe zgromadzenie powinno być inne niż wszystkie dotychczas istniejące. Pragnęłyśmy połączyć w nim życie w zakonie i pracę w świecie. Stąd rodziły się czasem nieprawdopodobne pomyśly i różne punkty widzenia. Od razu zarysowały się dwie tendencje. Jedne z nas dążyły do stworzenia zakonu bardziej ścisłego, onne do zakonu bardziej nastawionego na pracę w świecie i przyjęcie form mniej rygorystycznych". Zatem mimo okupacji i wszchobecnych represji przez kolejnych 40 miesięcy trwała systematyczna formacja intelektualna i zakonna. Od 1942 r. każda z Szóstki skłądala roczne śluby wieczyste (ks. Sopoćko każdej nadał imię zakonne), wierząc, że gdy wojna ustanie, utworzą nowy zakon, ktory czcić będzie i świadczyć Boże miłosierdzie. Jak i gdzie - to miało się wyjaśnić w "lepszych" czasach.

28 grudnia

Upłynął miesiąc, a żadnej zmiany w sobie nie widzę. Przy każdej okazji odradza się ból z całą pierwotną siłą. Niewiele pomaga walka wewnętrzna - niełatwo zabić to, co tak silnie żyło, co się rozwijało z takim staraniem, pielęgnowane.
Boli. Jak każda śmierć — boli każde umieranie. Tak jak radość towarzyszy każdym narodzinom. To rzecz zwyczajna.
Boże, naucz mnie dobrze za życia umierać, bym dobrze umarła przy ostatniej śmierci.
Nie będę na razie nic notowała — aż umrze we mnie wszystko, aż znów wrócę do dawnej równowagi. Czuję głęboką niechęć do prowadzenia notatek. Wolę wszystko, co przeżywam, zamknąć we własnym wnętrzu i przypieczętować milczeniem. Tylko Tobie, Boże, wstęp zawsze wolny zostawiam.

24 listopada

Inaczej ma wyglądać przyjaźń, niż ją sobie wyobrażałam przedwczoraj.
Kilka drobnych faktów dało mi głęboką naukę i sprostowało moje pojęcia. Widzę, że muszę pożegnać wszelkie uczucie, bo nie ma dlań miejsca. Jest niepotrzebne nikomu. Musi wygasnąć i w moim sercu. Powinna zostać życzliwość, oparta tylko na rozumie.
Czyli muszę przestawić całe moje wnętrze: zlikwidować jedno, rozwinąć drugie. Bolesne jest to pierwsze. Trudne - drugie. W dużym stopniu w całym moim życiu duchowym i zewnętrznym bierze udział serce. Z niego wychodzi bardzo dużo impulsów dobrych. Czy obecna praca nad jego znieczuleniem nie odbije się szkodliwie na całym życiu? Nie wiem. A pracę tę przeprowadzić, wydaje mi się, muszę. Nad przyszłością nie będę lepiej myślała. Zostawiam ją Panu Bogu. Wybieram rzecz, która mnie będzie ogromnie kosztowała, więc chyba nie może być szkodliwa.
Mój Jezu, daję Ci to ochotnie, użycz mi tylko odwagi, bym mężnie szła tą drogą.
Jakże trudno zabić serce, stłumić jego drgania zimnym nakazem rozumu...
Każdej chwili towarzyszy ból. Cokolwiek myślę, czymkolwiek się zajmę - zawsze serce boli. Jest tak nabrzmiałe cierpieniem, że po prostu nie mogę się go dotknąć. Pomóż mi, Jezu, przeżyć to wszystko.
Na tej drodze walki z uczuciem utrzymuje mnie jeszcze jedna myśl, że mogą one po prostu drażnić innych, ponieważ niejednokrotnie widziałam ignorowanie ich, odwracanie się od nich, brak oddźwięku. Nie są więc one potrzebne w życiu na co dzień nikomu. Ja ich tylko potrzebuję. Ale to absolutnie nie jest racją, by je pielęgnować. Owszem, trzeba dostroić się do otoczenia. Nic swego nie narzucać w tym zakresie. Raczej w sobie stłumić te odruchy i tylko rozum dopuścić do głosu, na zimno.

23 listopada

Odczuwam wciąż dojmujący ból serca. Jak mam to przyjąć? Co z nim uczynić, a raczej ze sobą, jak się zachować?
Pamiętam dawno daną mi wskazówkę Ojca, by pozwolić przejść przez siebie cierpieniu. Niech płynie — nie zamykać drzwi serca. Niech przepala wnętrze - nie szukać w ucieczce ulgi.
Odpowiedź na to wszystko, co przeżywam, znajduję przypadkowo w książce: „Żądam tego wszystkiego, co krępuje i umartwia”, „Moje serce zawsze mile przyjmuje duszę, która odważnie chce przystąpić do czynu”, a wreszcie - „Miłość niczego nie wymaga, jak tylko tego, by jej nie stawiano oporu”. 
Dość mi tych wskazówek. Dziękuję Ci, Boże. Postaram się zawsze Ci dawać, co zechcesz i ile zechcesz.

22 listopada

Przełom zasadniczy. W życiu takich niewiele. Kamień węgielny pod trwały gmach przyjaźni. Wiem, że tak jest. Wiem, że wahań już nie będzie, ale wzmocniona doświadczeniem żyć będzie i rosnąć stale.
Czy zatem i cierpień nie będzie?
O nie, przeczuwam ich wiele. Serce stale będzie umierać. Muszę się na to nastawić, przygotować, by mieć odwagę przyjęcia wszystkiego do ostatniej kropelki.
Powinnam ukochać prawdziwie cierpienie. Powoli uczysz mnie tego, Jezu. Powoli zżywam się z nim. Jest tym cenniejsze, że zupełnie ukryte przed wzrokiem innych, a nawet przed wzrokiem kierownika [duchowego], który choć wszystko wie, bo nie mam przed nim tajemnic, nie może przecież wejść do duszy, a i ja nie potrafię tak jej otworzyć, by wszystko pokazać. Widocznie dla siebie chcesz, Jezu, zatrzymać to najgłębsze i najtajniejsze wnętrze, inaczej dałbyś nam zdolność ujawniania.
Bądź Panem mojej duszy. Rządź nią. Kieruj wszystkimi okolicznościami życia i pouczaj, jak się mam zachować. Chcę tylko słuchać. Wzmocnij mnie swoją siłą i daj mi miłość Twej świętej woli.

21 listopada

Życie jest krótkie. I nie szkoda największej ceny zapłacić za to, by przeżyć je jak najlepiej.
Staję na rozdrożu. Nic nie rozumiem, a ponadto tak jest ciemno, że nie wiem, w jaką stronę mam się udać. Wierzę Ci, Jezu, że mnie wyprowadzisz, może zostawisz oczy zawiązane, ale Ci ufam! Nie będę się więc ruszała z miejsca, w którym mnie postawiłeś, dotąd, dokąd sam nie przesuniesz mnie gdzie indziej, na inną pozycję. 

17 listopada

„Nareszcie ulga!” - mimowolny okrzyk duszy. Wiem, że to od Ciebie, Boże, przychodzi, bo tylko Ty sam możesz sercem rządzić.
Zdziwiłam się, gdy ją w sercu ujrzałam. Co tu robisz? Jam cię nie wzywała. Przychodzisz nieproszona. Co mam z tobą zrobić?
Przyjąć. Przyjąć pełnym sercem jak ból, jak cierpienie się przyjmuje. Rozumiem, od Boga jesteś. A więc zostań.
Boże mój, czyń, co chcesz ze mną. Uznaję Cię za jedynego, prawego gospodarza mojej duszy, a ja Ci tylko służę, pomagam, jak potrafię, i rozumiem. Zrzekam się władania sobą i stanowienia o sobie. Całą władzę nad sobą Tobie oddaję.
I teraz nie chcę rozumować, dlaczego i skąd ta ulga przyszła. Mam się tylko poddawać z jak największą uległością Twojej woli. Dziękuję Ci za nią, bo widzę, że jest tą siłą, o którą Cię prosiłam. To nie zmiana sytuacji. Nic się bowiem nie zmieniło ani na jotę, tylko zmiana mego wnętrza, zmiana wewnętrzna bardzo głęboka. A na czym ona polega? Czy ja wiem, jak to określić? Chyba na tym, że z większym męstwem przyjmuję wolę Bożą, że ukochałam ją, cho¬ciaż boli, głębiej i pełniej zgodziłam się z nią i zrosłam wewnętrznie. Jednym słowem, mam więcej sił do dźwigania Bożego upodobania, więcej wewnętrznej gotowości i bardzo dużo spokoju. Poza tym — pewnego rodzaju znieczulenie serca na ból.
Drżę o Ojca. Widzę, że wchodzi w krąg mocny i zaborczy. Boże, strzeż Go i prowadź.

15 listopada

Boże, dodaj mi sił, wzmocnij mnie, daj potrzebne męstwo, bym odważnie chłonęła wszystko, co zsyłasz. Daj mi cierpliwość, żebym się ani przez chwilę dobrowolnie nie buntowała przeciw gniotącym duszę ciężarom.
Daj mi gotowość ochotną i szczodrą przyjęcia jeszcze większego bólu, gdyby się podobało Tobie zesłać go na mnie. Utrzymuj duszę moją prostą, niezgiętą małodusznością. Utrzymaj duszę moją szeroko i stale rozwartą przed Tobą, bo wiem, że tylko taka postawa może Ci sprawić radość.
Zachowaj mnie, Panie, przed skargą. Ugaś żal, jaki czasem wzbiera w sercu. Ani przez chwilę nie chcę go dobrowolnie zatrzymać w duszy.
Zachowaj mnie przed pragnieniem szukania pociechy gdzie indziej niż u Ciebie.
Zachowaj mnie od słów, które by ranić mogły inne serca.
Oświeć mnie, Panie, bym wiedziała, jak mam postąpić i jaką dro¬gą pójść. Zaufałam Tobie zupełnie i pragnę tę ufność wyrazić czynem - dlatego w milczeniu, bez słowa, pragnę dać się Tobie prowadzić drogą, jaką sam wybierzesz.
Po co pragnąć jakichkolwiek wyjaśnień od ludzi, skoro mówię, że Tobie zaufałam? Jeżeli jest nieporozumienie, wyjaśnisz je sam, kiedy zechcesz.
Jeżeli jest zmiana wypływająca z Twojej woli, nie chcę się przeciwko niej buntować ani usiłować jej zmienić. Pragnę ją przyjąć w całej pełni i przyjmuję.

13 listopada

„Chciałabym Ci sprawić radość moją śmiercią”. Napisałam te słowa, myśląc o śmierci ostatniej. Dziś je powtarzam, przeżywając umieranie wewnętrzne. Umieranie serca. Umieranie osobistych radości. Umieranie nadziei i pragnień osobistego szczęścia.
Widzę, Jezu, w tym Twoją rękę. Ty wszystkim kierujesz. I ta rana serca Twoją dłonią dziś zadana. Wiem, że to tylko wstęp. Dziś mnie przygotowujesz do ofiary, której w całej pełni — czuję - zażądasz, bo już jej żądasz i kilkakrotnie już żądałeś. Zawsze starałam się trzymać serce otwarte, żebyś mógł wziąć tyle, ile zechcesz. 
Pamiętam to konanie, które przeżyłam w Częstochowie  i długo potem - to była prawdziwa śmierć, a i potem prawdziwe umieranie.
I tak jak wtedy, tak i teraz pragnę Ci być jak najzupełniej po¬słuszna i poddana.
Jezu mój, dziękuję Ci za to, co dajesz. Kocham Twoją świętą wolę, bo kocham Ciebie. Ty wiesz o tym...
Jezu, jeżeli wolno się poskarżyć, to Ci się poskarżę na siebie: chociaż tak bardzo szczerze pragnę Ci naprawdę wszystko oddać i nawet pomyśleć nie chcę o cofnięciu się choć o jotę przed ofiarą, mimo to tak boli mnie serce... Jest mi tak strasznie, strasznie smutno... To szarpnięcie duszą takie mocne, że poruszyło całe wnętrze. Trudno mi zebrać myśli, a teraz właśnie tak bardzo potrzebuję myśleć, żeby spełnić obowiązek. Wiesz, Jezu, czuję się pogrążona w jakąś okropną otchłań, gdzie panuje ucisk serca i myśli. Nic mnie nie obchodzi. Nie bardzo słyszę, co do mnie kto mówi, robota wypada mi z rąk...
Widzisz, Jezu, to wszystko trzeba pokonać, żeby dojść do pełnej równowagi. Rozumiem to i dlatego walczę z myślami, walczę z uczu¬ciem, ale mi to tak trudno przychodzi. Pomóż mi! Wejrzyj, Jezu, swoim dobrym, kochanym wejrzeniem, a wiem, że mnie uzdrowisz z tej niemocy, dasz tyle sił, ile potrzeba. O siłę Cię proszę!
I o wielką miłość, która by mi pozwoliła wciąż uśmiechać się do Ciebie i z radością biec ku Tobie.
I jeszcze o jedno proszę Cię, Jezu, daj mi łaskę milczenia! W cichości i w milczeniu, zanurzona zupełnie tylko w Tobie, pragnę przeżywać wszystko, co mi zsyłasz. Dobrze, Jezu? Powiedz mi cichutko, że tak, pragnę, żebyś był jedynym i absolutnym Panem mej duszy.
Nie mogę się oderwać od Ciebie, a muszę, mój Jezu, wrócić do swych obowiązków, muszę przestać myśleć o Tobie, by całą uwagę skupić na pracy. Bądź przy mnie bliziutko i pomóż mi! Ty wiesz, Jezu, że ten obowiązek przerasta moje siły i bez Twojej pomocy nie potrafię go wykonać.

7 listopada

Równo miesiąc upłynął bez notatki sprawozdawczej.
Był to miesiąc licznych rozjazdów i nawału pracy w tych dniach, w których wracałam do przerwanych obowiązków. Zwłaszcza jeden tydzień pod tym względem był bardzo ciężki: wyjazdy (Warszawa, Łódź), nieprzespane noce, po nich od razu wykłady, odczyty i nieprzewidziany wykład na WSI.
Czułam się zupełnie zależna od Boga. Czarna kawa nie mogła zagwarantować przytomności umysłu. Jeżeli mi wszystko poszło dobrze, a nawet otrzymałam słowa uznania, to wiem, komu to zawdzięczam.
Lubię takie sytuacje, kiedy we wszystkim zależna jestem tylko od Boga, od Jego woli! Jakie to radosne uczucie. Czuję wtedy wyraźniej niż kiedy indziej, że Bóg jest moim Bogiem.
Mój Boże, dziękuję Ci za wszystko! Jesteś taki dobry! 

Rachunek sumienia za ubiegły miesiąc 

1. Ubóstwo
Nic sobie nie kupowałam z rzeczy niekoniecznych. Przezwyciężałam chęć kupienia niektórych rzeczy. Widzę, że nie jestem zupełnie uboga w duchu, bo nie umarły we mnie pragnienia posiadania rzeczy ładnych. Od roku wraca myśl o nowym, porządnym szaliku i pantofelkach. Z przykrością noszę te rzeczy, które mam. Stale muszę pod tym względem przezwyciężać siebie.

2. Czystość
Nie przychodziły żadne myśli ani żadne wrażenia przeciwne czystości. Czy miałam całe wnętrze zwrócone do Boga? Chyba tak. Przynajmniej w woli - zawsze.
Miałam odruchy podyktowane miłością własną (np. względy ludzkie nie były mi w pewnych wypadkach obojętne, pragnienia osobiste były czasem bardzo silne i trudno mi było podporządkowywać je woli, nie od razu dały się ujarzmić, opanować). Trudno nakazać uczuciu milczenie. Trudno opanować rytm serca. A nieraz tego Pan Bóg żąda albo pragnie. Nie chcę Mu odmawiać tego, a nie potrafię od razu zapanować nad uczuciami.

3. Posłuszeństwo
Tobie, Boże, pragnę być zawsze najzupełniej poddana. Twoją wolą pra¬gnę żyć, oddychać. Naprawdę nic nie chcę czynić samowolnie! Naprawdę chcę wszystko, cokolwiek zsyłasz, przyjąć sercem szeroko otwartym, nigdy go nie zamknąć, choćby to wymagało największego samozaparcia się! Każde nagłe uderzenie w duszę tylko wzmacnia postawę, chociaż w pierwszej chwili może zachwiać, wytworzyć odruch niezadowolenia.
Wiem jednak, że są to bezcenne chwile, i z całego serca dziękuję za nie Panu Bogu. Za nic w świecie nie zmieniłabym ani o jotę nic z tego, co Panu Bogu podoba się dopuścić na mnie.
W zakresie posłuszeństwa władzom - nieraz się buntuję, nie mogąc podołać nadmiernym obciążeniom. 
Posłuszeństwo obowiązkom zawodowym - chyba spełniam, co do mnie należy (w miarę możliwości). Nie przypominam sobie świadomego zaniedbania.
Posłuszeństwo obowiązkom względem Kościoła - nie mogłam spełnić niektórych z braku czasu.
Posłuszeństwo własnemu sumieniu - nie pamiętam świadome¬go nieposłuszeństwa, ale na pewno były nieposłuszeństwa na wpół świadome, na przykład w zakresie umartwienia, modlitwy i w ogóle czujności wewnętrznej.

4. Inne
Bardzo często myślę o Kościele. Zawsze z bólem. Tyle niepokojących spostrzeżeń!
Boże, jakbym chciała, żeby było inaczej! Trzeba dużo modlitwy i ofiary. Boże mój, zabierz mi wszystko! W tej intencji ofiaruję Ci całe moje życie!
Naprawdę wszystko pragnę przyjąć, niczego Ci nie odmówić, choćbyś zażądał największych rzeczy, byle uprosić łaskę i błogosławieństwo dla całości.
Cóż znaczę ja jedna? Cóż znaczy moje małe cierpienie?
Mój Boże, ale to jest wszystko, co mam. Chętnie Ci to oddaję, wierząc, że ofiara Jezusa nada całą wartość mojej ofierze i w oczach Twoich miłą ją uczyni.
Chciałabym Ci sprawić radość moim życiem i śmiercią.

6 października

Wyraźnie nic sobie nie przypominam.
1. Widzę, że była zbyt mała uwaga na Boga w ciągu dnia.

2. Dziś trudno mi przezwyciężyć pewną ociężałość woli, jakby tępotę czy zdrętwienie. Z obojętnością myślę o poważnych konsekwencjach, jakie zbliżają się z powodu zagubienia map. Wszystko mi jedno, co się stanie, bo wszystko w swoim ręku trzyma Bóg. Tak samo myślałam wczoraj, a jednak wczoraj przy tych myślach wewnętrzna postawa była aktywna, twórcza, mocna i pełna uwagi na tym poddaniu się nadchodzącym przykrościom. Dziś ta obojętność wcale nie jest myśląca, jest tępa i bierna. I w tym tkwi zło. Może za mało i za słabo staram się przezwyciężyć tę wewnętrzną ociężałość, chociaż stale usiłuję to robić.

3. Dziś miałam sporo przykrości od profesora. Widziałam, że jest na mnie zły, ale nic na to poradzić nie mogłam - to nie było z mojej winy. Nie usprawiedliwiałam się. Odnoszę wrażenie - i na pewno tak jest - że często traktują mnie ludzie trochę jak sztubaczkę, jak kogoś, z kim można się nie liczyć tak bardzo. Widzę to od dawna i nie mam pretensji do innego traktowania. Nie stawiam żądań i nie wymagam przysługujących mi rzeczy, takich jak np. osobny pokój, czy innych zewnętrznych... nieistotnych. A z drugiej strony ci sami ludzie traktują mnie kiedy indziej tak, że aż mnie to krępuje, bo widzę, że nie zasługuję na to. Zastanawiam się, skąd te kontrasty płyną.

4 października

Jakże inaczej wygląda modlitwa, gdy się ją wcześniej poleci Bogu! Nie rozumiem wprost, jak mogłam tyle razy rozpoczynać modlitwę bez modlitwy o dobrą modlitwę. Przecież to dar Boży. Cóż mogę dać Panu Bogu sama od siebie? Ani miłości, ani żalu, ani skupienia i uwagi, ani ufności i wiary. Żadnego wewnętrznego aktu, który by Mu był miły przyjemny, sama od siebie nie wydobędę bez uprzedzającej łaski Jego.
Boże mój, odkąd jasno poznałam nieudolność swoją nie potrafię gorąco Cię błagać o pomoc w modlitwie. Najskuteczniejsza jest modlitwa przez Jezusa Chrystusa. Nie pozostawiłeś mnie jeszcze nigdy bez pomocy, ilekroć błagam Ciebie przez Rany i Mękę gorzką Pana Jezusa i przez Jego miłość ku Tobie i duszom.
Taka modlitwa nie jest już moją modlitwą, modlitwą nędznego stworzenia, ale jest to już potężna modlitwa Syna Bożego, której Ojciec oprzeć się nie może.
W cieniu Miłosierdzia Bożego rośnie dusza. Boże, dziękuję Ci za ten wspaniały dar! Naucz tak modlić się wszystkie dusze - przez Jezusa. Oświeć je wszystkie tak, jak mnie oświeciłeś. Pomóż mi Panie wiernie strzec w swej duszy tego skarbu i nigdy nie zlekceważyć tej wstępnej modlitwy.
Jestem pewna, że gdyby wszystkie dusze pilnie prosiły o dobrą modlitwę przez Jezusową Mękę, żadna nie skarżyłaby się, że źle się modli, chociażby na modlitwie trwała w największej oschłości. W sumieniu byłaby spokojna, bo wiedziałaby, że sama z siebie nic nie może wykrzesać, ale wszystko w niej może sprawić Jezus. Jemu trzeba się zawierzyć. W Nim zatonąć i zagubić się. Stanąć w cieniu Jego krzyża i skarby Krzyża Bogu ofiarowywać. Nie silić się na to, by za wszelką cenę z siebie wydobywać jakieś domniemane wartości, bo ich nie ma, ale zwrócić oczy i duszę na Jezusa, na Jego bogactwa miłości i pokory, i cichości, poddania się i zawierzenia Ojcu, na Jego cierpliwość i dobroć. Oddychać Jego Świętością, wchłaniać ją i upajać się nią. Ona przyniesie życie duszy.
A Maryja nigdy wówczas nie będzie daleko. Przyjdzie bliziutko i wspomoże. Przecież i Ona stała pod krzyżem.
O Matko moja, przez Ciebie proszę o wszystko Jezusa, przez Twoje ręce oddaję Mu siebie. Matko Przedziwna! Prowadź mnie do Jezusa! Tobie również powierzam wszystkich mi bliskich i najbliższych, wszystkich, których kocham. Znasz ich imiona, pomóż im kochać Jezusa!

25 września

Dziś niepotrzebnie mówiłam o swoich zamierzeniach.
1. Okazałam niezadowolenie z powodu braku klucza od mego pokoju. Powiedziałam głośno, co myślę.
Przez tydzień - w terenie. 
Dwa duże zmartwienia:
1. Zgubiłam mapy.
2. Nie zwrócono mi kożuszka.
Pożyczałam go ubiegłej zimy studentom. Kilka osób korzystało. Zapomniałam, kto ostatnio miał. Teraz nie wiem, u kogo się upomnieć. Wszyscy ci wyjechali z Torunia. Wyjeżdżając, musieli widzieć, co biorą. Czyżby bez skrupułów zabrali cudzą własność? Chyba nie. Obawiam się, że im zginął gdzieś, wtedy nie oddadzą.
Boję się powiedzieć o tym Mamusi. Zmartwi się. Jeszcze nie tracę nadziei, może się znajdzie.
Gorzej z mapami. Za to mogę siedzieć w „okrąglaku”. Nie rozumiem, dlaczego nie odesłano pod adres Zakładu — nalepka z adresem była na tubie i każda mapa miała pieczątkę. Czy to głupota i lekkomyślność, czy celowe działanie?
Obie te sprawy polecam Bogu. Naprawdę niech uczyni, jak uważa, że będzie lepiej. Chcę przyjąć każdą Jego wolę. Szukam i proszę o wstawiennictwo św. Antoniego, ale z góry Mu mówię, że gdyby Pan Bóg nie zechciał pozwolić na odnalezienie tych rzeczy, to i ja nie chcę ich zwrotu.
Mój Boże, Ty wiesz, gdzie one są i w każdej chwili możesz mi to zwrócić. Uczyń, jak zechcesz. Zupełnie Ci ufam.

24 września, moja rocznica

I znów, jak nieraz już bywało, że w dniu moich osobistych, największych uroczystości mam mnóstwo zajęć i ani trochę czasu dla siebie.
I dziś tak samo. Wróciłam po północy z terenu. Raniutko musiałam się przygotować do trzech godzin wykładu. Postanowiłam pójść do kościoła na Mszę św. po południu (piątek) i spokojnie się pomodlić.
Tak się złożyło, że jedyne wolne godziny od 12.00 do 15.00 musiałam oddać na załatwianie spraw, nawet na obiad nie zdążyłam pójść (ale miałam jabłka). Od 15.00 do 17.00 znów wykłady, potem pilna sprawa jedna i druga, tak że ledwo zdążyłam do kościoła. 
Wstyd mi było, że nawet do spowiedzi nie poszłam, że myśli zu¬pełnie pozbierać nie mogłam, że wszystko mi było jakieś obojętne. Wstyd mi było przed Bogiem, że do tak ważnej chwili odnowienia ślubowania - 5-lecie! - przychodzę zupełnie nieprzygotowana, obojętna, rozproszona i zmęczona.
Mój Boże, myślałam, Ty idziesz do mnie z pełnymi rękoma, a ja z pustymi staję przed Tobą. I nic na to poradzić nie mogę, nic nie mam na swoje usprawiedliwienie. Jestem tak pełna win. O Boże, czy mi przebaczysz? Czy mogę zbliżyć się do Komunii św., nie obrażając Cię? Zanim przyjdziesz - przebacz! Przebacz mi wszystko! Naprawdę nie chcę niczym Cię obrazić! Przebacz mi dawne winy i przebacz obecną obojętność. Nie potrafię jej usunąć, chociaż widzisz, o Boże, jak jej nie chcę. Tak bym pragnęła serdecznie Cię kochać, ale to Twój dar, dajesz, komu zechcesz. Bądź wola Twoja.
...zanim przyjdziesz - przebacz!... Z uczuciem ogromnego upokorzenia podchodzę do balasek. A może Jezus nie zechce przyjść? O Boże, żebym Cię tylko nie obraziła, i tą Komunią św., i odnowieniem ślubowań.
Co to?
Dwie Hostie podał mi ksiądz!
Jezu, więc przyszedłeś! I przyszedłeś podwójnie. Nie mogę oprzeć się przeświadczeniu, że Pan Bóg jeszcze raz okazał mi swoją przeogromną dobroć, łaskawość i szczodrość. Jakże niezasłużenie!... Jezu, Ty jesteś zawsze większy!...
Pomyślałam, że ta druga Hostia to za dzień wczorajszy, kiedy nie mogłam być w kościele, w intencji Ojca. Ta Komunia św. jest za niego.
Jaki Bóg jest niezmiernie delikatny, zechciał mi sprawić taką radość! Radość, jakiej zupełnie nie spodziewałam się ani o jakiej nawet nie zdołałam pomyśleć!

23 września

Daleko poza pola i moje codzienne drogi biegną serdeczne myśli i życzenia sercem wypowiadane Bogu!
Rocznica. Pamiętam, pięć lat temu mała kapliczka, nazajutrz po uroczystościach mego Ojca.
Ile w tym czasie mieści się przeżyć. Jak dziwnie potoczyło się życie i zdarzenia. Pamiętam jak dziś tę pewną chwilę, która była pierwszym objawieniem rzeczy najbardziej nieoczekiwanej i najradośniejszej — chwilę, gdy otrzymałam czyjś dzienniczek. Co się wtedy we mnie działo! Onieśmielenie i radość. Jedno i drugie - bez granic.
O Boże, pobłogosław mu!
Użycz mu darów wiele!
Spraw, by był cały Twój, święty!

Wrzesień, teren

Jestem sama - to moja radość. Cały dzień tylko pola i lasy, i piękne, jesienne, słoneczne dni.
Odprężyła się dusza, jest zupełnie inna niż zimą. Wróciła wewnętrzna beztroska, radość, stale niemal tryskająca w wewnętrznych pokładach duszy. Dobrze mi jest na świecie. Pan Bóg taki dobry i bliski, i kochany! Najlepszy! Jakże przebaczający tyle, tyle win! Jaki troskliwy w rzeczach zewnętrznych. Nie brak mi niczego, a jeżeli brak, to mi daje wówczas radość. A zawsze daje i zsyła swoje dary niespodziewanie, zawsze zdumiewa swoją szczodrością.
O, ileż tych darów! Gdybym umiała dobrze patrzeć, widziałabym ich jeszcze więcej, na pewno tyle, ile chwil w dniu.
Boże, dziękuję Ci!

Sprawozdanie za okres dwóch tygodni wczasów

Pierwsze wrażenie po przyjeździe - jeszcze na punkcie rozdzielczym - niepokój. Niepokój, że przydzielono mi miejsce w pensjonacie poza Karpaczem — nie będę więc miała kościoła. Prośby o zmianę nie uwzględniono. Jednak nie rezygnowałam z dalszych starań, ale naj¬pierw postanowiłam zobaczyć, jak jest daleko z mego „Robotnika” do najbliższego kościoła. Okazało się, że nie jest tak źle, więc zostałam.
Położenie piękne, u stóp Śnieżki, na odludziu. Cisza i majestat gór. Lubiłam patrzeć na nie z mojego okna zaraz po obudzeniu. Zwykle słońce ledwie wynurzało się zza szczytów, chociaż godzina nie była tak wczesna, tylko szczyty bliskie.
Ten blask porannego słońca nie tylko napawał oczy, ale i duszę. Razem z pierwszymi jego promieniami radość wchodziła do duszy. Boże, jaki cudowny stworzyłeś świat! Szeroko otwiera się serce - Boże, przyjdź! Napełnij je sobą!
Co dzień ta sama radość. Co dzień świeża i nowa. Co dzień jakby nowe objawienie i co dzień nowy zachwyt.
Ranek. Wybiegam do kościoła. Głęboki oddech czystym, rześkim powietrzem, pod stopą twarda skała. Jak dobrze i pewnie zbiega się górską ścieżyną. Jedno słońce na niebie, a tysiąc w kroplach rosy się mieni. Czerwone maliny jak rubiny, nasycone rosą i słońcem, z daleka widne. Zerwę je w drodze powrotnej, a może szkoda?
Już zakręt, słychać szum potoku. Woda czysta i zimna jak kryształ - pieni się wśród głazów. Nachylają się nad nią gałęzie jakichś krzewów, obciążone czerwonymi jagodami jak kalina. Poważnie stoją ciemne świerki. Tu i ówdzie buczyna próbuje rosnąć. Trawy i kwiaty polne.
Mostek i szosa asfaltowa. Już zaraz Karpacz. Przed oczami wspaniała panorama na kotlinę Karpacza i Kowar.
Skrót przez podwórko - i już kościół. Gorliwy w nim kapłan. Nauki miewa i w dni powszednie. Przemawia gorąco, z duszy: zachęca, nawołuje, upomina.
Radosny powrót na śniadanie.
Potem zwykle wycieczka do pory obiadu. Różni ludzie. Różne rozmowy. Starałam się porozmawiać i zbliżyć do tych, do których jakoś nikt nie podchodził. Szłam od jednych do drugich. Przy nikim nie zostawałam na stałe. Robiłam sobie przerwy - szłam sama - to były chwilki wyłącznie moje. O, jakbym pragnęła je przedłużyć.
Po obiedzie w pierwszym tygodniu dużo spałam, potem czytałam, robiłam notatki itp., krótki spacer i kolacja, i znów spacer do wieczora.
Bogaty dzień i pełny, a jednocześnie nie trzeba było szukać spokoju i ciszy do modlitwy, bo wciąż było do tego tyle okazji! Tylko brać pełnymi garściami.
Często ogarniał mnie żal, że przeżywam wszystkie te radości sama, że nie ma przy mnie bliskich mi osób, które również syciłyby się tymi cudami.

Sierpień, Karpacz

„Po to ci daję tę miłość, żebyś zrozumiała, jak mnie masz kochać. Takiej miłości oczekuję od ciebie...”  (serdecznej, ciepłej, dzie¬cięcej, bardzo jasnej, ofiarnej).
Zrozumiałam głębią serca, jakiej miłości Jezus żąda. Widzę, jak ma ona wyglądać. Czuję ją w tej chwili w mej duszy. Wypełnia ją - jak mi się zdaje - całą, a mimo to nabrzmiała jest tęsknotą do jeszcze większej pełni.
Mój Jezu drogi, przecież sama miłości nie zdobędę, będę ją miała o tyle, o ile Ty sam mi ją dasz, i tyle, ile mi sam jej udzielisz. Widzę doskonale, jak jestem bezsilna i niezdolna. Ileż to razy starałam się rozpalić serce, a pozostawało zimne i obojętne. Dopóki, Jezu, sam nie ześlesz mi ognia z nieba i nie zapalisz serca, pozostanie ono zim¬ne i skostniałe.
Błagam Cię, mój Jezu, przez Twą Mękę okrutną, którą dla mnie poniosłeś, błagam Cię przez Twą krew przelaną dla mnie, błagam Cię przez Twą odwieczną miłość do Ojca i do mojej duszy, którą ukochałeś, zanim ją jeszcze stworzyłeś, błagam Cię, udziel mi swej miłości, spraw, by serce moje płonęło nieustannie i żeby stale dla Ciebie umierało. Chcę Cię kochać z całych moich sił, aż do końca.
Błagam Cię o tę łaskę miłości, o ten jedyny skarb w życiu! Jezu, przecież Ty też tego pragniesz.
Wiem, Jezu, że z mojej strony są przeszkody, właściwie ja cała jestem jedną wielką przeszkodą, ale Twoje Miłosierdzie jest większe, dlatego błagam Cię, zmiłuj się nade mną. A Twoja wszechmoc jest bez granic - dlatego proszę Cię - przemień mnie!
W jakim stopniu zechcesz to uczynić - tę sprawę pozostawiam Tobie. Nie chcę Ci, Jezu, dyktować, byś mi dał tyle a tyle miłości czy żebyś mi dał taką a taką miłość. Ty wiesz, że pragnę największej, Ty wiesz, że gotowa jestem oddać Ci wszystko: i wszystkie serdeczne kochania tu, na ziemi, i zdrowie, i życie spokojne, i wszelki dostatek, i radości swoje. Ty wiesz, Jezu, że to prawdziwe wołanie serca. Nie chcę jednak niczego żądać, a chcę wszystkiego oczekiwać od Ciebie.
Całą duszę zawierzam Twojej miłości! O, jak szczęśliwa się czuję, gdy mogę zanurzyć się w tym zawierzeniu! Gdy wszystko jest oddane w ręce Jezusowe, wtedy dusza jest wolna jak ptak i szczęśliwa jak dziecko.
Cóż dziwnego, że słyszy się w głębi serca głos Boga? Czyż nie jest to rzeczą całkiem naturalną i zrozumiałą, że przemawia, skoro jest?
Dziwne natomiast, że dusza - chociaż wie, że w niej jest Bóg - nie rozmawia z Nim w każdej chwili.

Zapiski duchowe rok 1954, 2 lutego

2 lutego. Ludmiła Roszko złożyła tego dnia prywatny ślub ufności. Jego okoliczności nie są dziś znane, ale zachował się jego tekst.

O Jezu, Miłości moja, pragnę kochać Cię całą moją istotą i by serce moje było jedynie dla Ciebie. Pragnę Cię moją miłością otoczyć i uszczęśliwić.
Kocham Cię, żeś jest miłością godną wszelkiego uwielbienia i wszelkiego kochania.
Cała należę do Ciebie i wyłącznie do Ciebie chcę należeć teraz i w wieczności.
Nie mam niczego swego. Wszystko jest od Ciebie i dla Ciebie.
Z miłości mojej powierzam Tobie całą siebie, istotę moją, prace moje, dziś i jutro, i przyszłość moją.
W kochające Twe Serce składam z dziecięcym zaufaniem wszystko, czym jestem i będę.
Z miłości również powierzam Tobie wszystkich, których kocham. Całą moją troskę o nich, o ich los, w Twoje składam Serce. Otocz ich swoją miłością. Wlej w ich serca swoją miłość, abyśmy wszyscy, żyjąc w miłości, byli jedno w Tobie.
Ufam Tobie, boś jest Miłością, boś jest moim, bom ja Twoja. Ufam i ufać Ci będę, chociażbym sprzeniewierzyć się miała Twej miłości, choćbyś miał odsunąć się ode mnie do końca życia mego.
Ufać Ci będę, choćbyś zostawił mnie opuszczoną, pozbawioną Twego wejrzenia, uśmiechu, Twoich pociech.
Ufać Ci będę, choćbyś prowadził mnie drogą krzyża Twego, choćbym konać miała w opuszczeniu na Krzyżu.
Nic mej ufności i miłości nie umniejszy i nie zagasi!
Tobiem zaufała, którego miłuje dusza moja.
Przyjm, Miłości moja, Najdroższy mój, to moje wyznanie dziecięcego, kochającego zaufania.
Matko przepięknej miłości, wzmacniaj moje zaufanie Twoją ufnością!
Jezu, kocham Cię!
Jezu, ufam Tobie!
Jezu, uśmiecham się do Ciebie!

VI. Świecki Instytut Miłosierdzia Bożego

Ewakuacja, zwana repatriacją, rozrzuciła owe sześć kandydatek po całej Polsce. Tylko dwie, niezależnie od swych rodzin, trzymały się razem: Jadwiga Osińska, absolwentka filologii klasycznej Uniwersytetu Stefana Batorego z 1939 roku, i Iza Naborowska, która po ukończeniu gimnazjum oddała się pracy katechetycznej.

Ponieważ ks. profesor Sopoćko nie zamierał na razie opuszczać Wilna, powierzył całą gromadkę opiece o. Władysława Wantuchowskiego SJ. On to wystarał się u biskupa Edmunda Nowickiego, administratora apostolskiego diecezji gorzowskiej, o dom dla przyszłego zgromadzenia (w Myśliborzu), a także zezwolenie na rozpoczęcie wspólnego życia i pracy w jego diecezji dla Izabeli Naborowskiej i Jadwigi Osińskiej, które obie gorąco pragnęły wyłącznie życia zakonnego. Opatrzność Boża tak zrządziła, żę mogły je rozpocząć dopiero 25 sierpnia 1947 roku, w dniu urodzin s. Faustyny.

W ten sposób w Myśliborzu powstał pierwszy ośrodek Zgromadzenia, który skupiał również pozostałych w rozproszeniu członków wspólnoty na dorocznych rekolekcjach.

Pomimo gotowości wewnętrznej na dołączenie do Myśliborza przed każdą pozostającą w świecie zjawiały się istotne i obiektywne przeszkody, które nakazywały trwać jeszcze w swoim środowisku. Przyjmowano to jako wolę Bożą, ufnie czekając na jakieś rozstrzygnięcie. I oto przyszło ono nieoczekiwanie w postaci Konstytucji apostolskiej "Provida Mater Ecclesia" z 1947 roku, która w Polsce ukazała się w 1948 roku i dotarła do naszych rąk w czasie sierpniowych rekolekcji w tymże roku w Myśliborzu.